Informacje prasowe

GP/BIZNES

Nowa prezes Urzędu Patentowego

Oct 16 2019
<![CDATA[

Demby-Siwek jest absolwentką Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego oraz europejskim i polskim rzecznikiem patentowym. Od 2014 r. kierowała Departamentem Znaków Towarowych w UP. Wcześniej pełniła funkcję Naczelnika Wydziału Prawnego i Wydziału Oznaczeń Geograficznych w tym departamencie. Występowała również jako pełnomocnik Urzędu Patentowego RP w postępowaniach przed sądami administracyjnymi. Przed podjęciem kilkunastoletniej pracy w UP była zatrudniona jako prawnik w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

W maju tego roku z fotelem prezesa urzędu pożegnała się dr Alicja Adamczak, która swoją funkcję pełniła przez prawie 18 lat, tym samym była jedną z osób najdłużej zajmujących stanowisko szefa urzędu centralnego w III RP. 

]]

Bez konkurencji na rynku urzędowych e-doręczeń

Oct 15 2019
<![CDATA[

Pod koniec września rząd przyjął projekt ustawy o doręczeniach elektronicznych.

– To będzie rewolucja. Osobom, które będą chciały korzystać z papierowej korespondencji, pozostawiamy oczywiście taką możliwość. Ale ci, którzy chcą ułatwiać sobie życie, będą mogli skorzystać z e-doręczeń – mówił wówczas Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

Od 2021 r. każdy zainteresowany będzie mógł wpisać adres swej skrzynki pocztowej do bazy adresów elektronicznych i otrzymywać całą korespondencję urzędową przez internet. Elementem usługi e-doręczeń będzie potwierdzenie odbioru. Ci, którzy nie wpiszą się do bazy, będą nadal dostawać pisma urzędowe w formie listu. Pozwoli na to tzw. usługa hybrydowa. Operator wydrukuje elektroniczne pismo i doręczy je do adresata.

Początkowo rozważano dopuszczenie konkurencji na rynku e-doręczeń.

– Przed trzema laty resort cyfryzacji ogłosił konkurs na projekt e-doręczeń, w którym wzięliśmy udział. Usługa ta miała być świadczona na zasadach konkurencyjnych. Po odwołaniu minister Anny Streżyńskiej nikt już do tego pomysłu nie wrócił – mówi Katarzyna Abramowicz, radca prawny i współtwórczyni Specfile, firmy, która właśnie weszła na rynek z komercyjną usługą e-doręczeń.

Ostatecznie projekt przewiduje wprowadzenie monopolu na obsługę urzędowej korespondencji. Zarówno e-doręczenia, jak i usługę hybrydową przejmie operator wyznaczony, a więc Poczta Polska.

Jakie są powody takiej decyzji? Resort cyfryzacji wskazał przede wszystkim względy gospodarcze, w tym potrzebę wsparcia Poczty Polskiej. „W opinii Centrum Analiz Strategicznych projektowane rozwiązanie powinno pozwolić uchronić przedsiębiorstwo od utraty płynności finansowej i konieczności znaczącej redukcji liczby etatów oraz ograniczenia sieci placówek pocztowych” – można przeczytać w uzasadnieniu projektu ustawy.

Zwrócono w nim uwagę także na to, że podczas konsultacji projektu ustawy CAS zauważyło, że „skutkiem pominięcia Poczty Polskiej w roli operatora wyznaczonego może być wzrost utraty przychodów, który w konsekwencji powodować może wzrost cen usług powszechnych oraz zwiększenie obciążenie budżetu Państwa oraz budżetu UE”.

Niewystarczające uzasadnienie

Już podczas konsultacji Ministerstwo Spraw Zagranicznych podniosło, że należy rozbudować to uzasadnienie i wskazać także cele inne niż gospodarcze. W przeciwnym razie wyłączenie konkurencji na rynku e-doręczeń może zostać zakwestionowane przez Komisję Europejską.

„Istnieje ryzyko uznania projektowanych przepisów za niezgodne z prawem unijnym przez Komisję Europejską oraz Trybunał Sprawiedliwości UE. W celu wykazania zgodności projektowanych przepisów z prawem unijnym projektodawca nie powinien przywoływać w uzasadnieniu projektu względów gospodarczych, a jedynie powoływać się na cele pozagospodarcze” – napisało MSZ w swym stanowisku. Wskazało w nim wyrok TSUE dotyczący Węgier (sprawa C-179/14), z którego wprost wynika, że przeszkody w swobodzie przedsiębiorczości i świadczenia usług muszą być uzasadnione nadrzędnymi względami interesu ogólnego.

MC odpowiedziało, że uzasadnienie projektu zawiera również odniesienie do względów interesu ogólnego. Jest nim zapobieganie wykluczeniu cyfrowemu. Dzięki świadczeniu usług przez Pocztę Polską obywatele, którzy nie chcą korzystać z internetu, otrzymają korespondencję w formie pisemnej. Tyle że, jak zauważył w swym piśmie Tomasz Szczegielniak, sekretarz Rady Ministrów, ta argumentacja odnosi się wyłącznie do usługi hybrydowej i nadal nie uzasadnia wyłączenia konkurencji na e-doręczenia.

Zapytaliśmy MC, czy nie obawia się zastrzeżeń ze strony KE.

– Projekt ustawy jest przygotowywany do notyfikacji w KE. Rozwiązanie zakłada funkcjonowanie równolegle na rynku obok operatora wyznaczonego wielu komercyjnych dostawców usługi e-doręczenia. Obywatele i przedsiębiorcy będą mieć wolny wybór, z którego rozwiązania chcą korzystać: czy z państwowego, czy z komercyjnego. Tylko administracja publiczna będzie obowiązkowo korzystać z usługi operatora wyznaczonego – odpowiedział nam wydział komunikacji tego resortu.

Poczta Polska uważa, że jako operator wyznaczony jest predysponowana do zajmowania się e-doręczeniami.

– W wielu państwach europejskich to narodowi operatorzy pocztowi stali się partnerami rządów w e-doręczeniach. Tak jest m.in. we Francji, Niemczech, Danii, Finlandii i Czechach. Poczty narodowe są tam naturalnymi partnerami państwa we wdrażaniu korespondencji cyfrowej. Za takim rozwiązaniem przemawia nie tylko doświadczenie firm, ale też pocztowa infrastruktura. A co najważniejsze, możliwości zapewnienia takim usługom bezpieczeństwa korespondencji i poufności – zwraca uwagę rzecznik prasowy PP Justyna Siwek.

– Poczta Polska, posiadając największą sieć placówek pocztowych w kraju, gwarantuje dostęp wszystkim obywatelom do usług e-doręczeń w sposób zarówno cyfrowy, jak i hybrydowy. Zapewni odpowiednią formę doręczenia, a obywatelom, którzy nie złożą deklaracji cyfrowości (nie założą adresu elektronicznego), zapewni wydruki korespondencji przesyłanej przez urzędy drogą cyfrową – dodaje.

Może być taniej

Zdaniem Konfederacji Lewiatan mechanizm przewidziany w projekcie to nic innego jak zakamuflowane wsparcie finansowe. Z jej obliczeń, przeprowadzanych na podstawie prezentacji systemu e-doręczeń przedstawionego przez MC, wynika, że usługa darmowa (czyli przesyłanie korespondencji od obywatela do urzędu) ma kosztować ok. 2 zł. Stała cena dla administracji to 3,45 zł. „Takie rozwiązanie jest niedozwoloną pomocą publiczną dla spółki Skarbu Państwa, co w średniej perspektywie może oznaczać konieczność zwrotu uzyskanych kwot, a to prowadziłoby do dramatycznych konsekwencji (nie wyłączając bankructwa Poczty Polskiej)” – napisał Lewiatan w swoim stanowisku.

Resort cyfryzacji wyjaśnia, że Poczta Polska ma status operatora wyznaczonego tylko do 2025 r., a w nowym konkursie, w którym zostaną uwzględnione również e-doręczenia, będzie mógł go zdobyć inny operator.

Zdaniem Lewiatana to możliwość teoretyczna. Tylko Poczta Polska dysponuje bowiem listową infrastrukturą pocztową wymaganą dla świadczenia powszechnych usług pocztowych.

– Nie mam wątpliwości, że konkurencja na tym rynku byłaby wskazana. Zarówno jeśli chodzi o rywalizację technologiczną, jak i koszty, które będzie ponosić administracja. O kwestiach technicznych trudno się wypowiadać, bo na razie nie wiadomo, co zaproponuje Poczta Polska. Wiadomo jednak, że jej usługi mają być dużo droższe od tych, jakie mógłby zaoferować rynek. Nasza cena za jedno e-doręczenie to 1 zł plus VAT, ale przy większym wolumenie mogłaby ona spaść nawet kilkukrotnie – twierdzi Katarzyna Abramowicz.

Etap legislacyjny

Projekt przyjęty przez rząd

]]

Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych. Nowe obowiązki dla wielu spółek

Oct 14 2019
<![CDATA[

Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych (CRBR) to system, w którym gromadzone i przetwarzane będą informacje o beneficjentach rzeczywistych, czyli osobach fizycznych sprawujących bezpośrednią lub pośrednią kontrolę nad spółką. Formalnie, zgodnie z ustawą o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu (Dz.U. z 2019 r. poz. 1115 ze zm.) zaczął działać wczoraj, lecz praktycznie stanie się użyteczny od 13 kwietnia 2020 r. Do tego dnia zobowiązane podmioty (patrz: grafika) muszą dokonać wpisu.

Zaufanie do rynku

– Jednym z głównych zadań CRBR jest przeciwdziałanie praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu. Posiadanie dokładnych i aktualnych danych o beneficjentach rzeczywistych ma kluczowe znaczenie dla zwalczania tych zjawisk, ponieważ uniemożliwia przestępcom ukrycie swojej tożsamości w skomplikowanej strukturze korporacyjnej – wyjaśnia Ministerstwo Finansów. I dodaje, że publiczny charakter rejestru, umożliwiający każdemu nieodpłatny dostęp do informacji o beneficjentach rzeczywistych, zapewnia również większą kontrolę informacji przez społeczeństwo obywatelskie oraz przyczynia się do zwiększenia zaufania do rynku finansowego i uczestników obrotu gospodarczego.

Choć intencje ustawodawcy trudno kwestionować, to już teraz wiadomo, że będą kłopoty.

– Wiele zobowiązanych do dokonania wpisu podmiotów może sobie nie zdawać z tego sprawy – zauważa Beata Danel-Skrzypek, radca prawny w kancelarii Schampera, Dubis, Zając i Wspólnicy. Resort finansów poinformował nas, że na razie nie planuje specjalnej akcji informacyjnej. Stworzono specjalną zakładkę na stronie internetowej resortu oraz od dziś informacja na temat CRBR będzie można uzyskać również na infolinii Krajowej Informacji Skarbowej. To jednak źródła informacji, które dotrą do bardziej świadomych przedsiębiorców. Trudności mogą mieć przede wszystkim mali i średni przedsiębiorcy prowadzący biznes w formie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Wielu kojarzy, że przepisy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu ich nie dotyczą. Te o zgłoszeniu do rejestru jednak dotyczyć będą.

Co wpisać

Kolejny kłopot związany jest z tym, co zgłosić do rejestru.

– Definicja beneficjenta rzeczywistego jest skomplikowana i wzbudza ożywione dyskusje nawet wśród profesjonalistów. Przeciętny przedsiębiorca może w wielu sytuacjach nie wiedzieć, kto będzie wspomnianym beneficjentem – wyjaśnia mec. Danel-Skrzypek.

Przepisy definiują beneficjenta rzeczywistego jako osoby fizyczne:

sprawujące bezpośrednio lub pośrednio kontrolę nad spółką poprzez posiadane uprawnienia, które wynikają z okoliczności prawnych lub faktycznych, umożliwiające wywieranie decydującego wpływu na czynności lub działania podejmowane przez spółkę, lub w imieniu których są nawiązywane stosunki gospodarcze lub jest przeprowadzana transakcja okazjonalna.

Z kolei w przypadku spółki – osoby prawnej, beneficjentem rzeczywistym jest:

osoba fizyczna będąca udziałowcem lub akcjonariuszem spółki, której przysługuje prawo własności więcej niż 25 proc. ogólnej liczby udziałów lub akcji tej osoby prawnej, osoba fizyczna dysponująca więcej niż 25 proc. ogólnej liczby głosów w organie stanowiącym spółki, także jako zastawnik albo użytkownik, lub na podstawie porozumień z innymi uprawnionymi do głosu, osoba fizyczna sprawująca kontrolę nad osobą prawną lub osobami prawnymi, którym łącznie przysługuje prawo własności więcej niż 25 proc. ogólnej liczby udziałów lub akcji spółki, lub łącznie dysponującą więcej niż 25 proc. ogólnej liczby głosów w organie spółki, także jako zastawnik albo użytkownik, lub na podstawie porozumień z innymi uprawnionymi do głosu, osoba fizyczna sprawująca kontrolę nad spółką przez posiadanie w stosunku do niej uprawnień, o których mowa w art. 3 ust. 1 pkt 37 ustawy z 29 września 1994 r. o rachunkowości (Dz.U. z 2019 r. poz. 351), lub osoba fizyczna zajmująca wyższe stanowisko kierownicze w organach spółki w przypadku udokumentowanego braku możliwości ustalenia lub wątpliwości co do tożsamości osób fizycznych określonych w powyższych punktach oraz w przypadku niestwierdzenia podejrzeń prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu. Lepiej zgłaszać na wyrost

– Mogą występować trudności w określeniu, kto jest beneficjentem rzeczywistym w podmiotach o rozproszonym akcjonariacie, w podmiotach z udziałem osób zagranicznych bądź gdy w grę wchodzą umowy powiernictwa lub zastaw – wskazuje mec. Beata Danel-Skrzypek. Kłopot mogą mieć też drobniejsi przedsiębiorcy. Przykładowo kogo należy zgłosić w przypadku spółki z o.o., gdy jest czterech udziałowców i każdy ma po 25 proc. udziałów? Wydaje się, że nikogo. Bezpieczniej jednak – mając na uwadze wysokie sankcje grożące za niedopełnienie obowiązku – będzie zgłosić wszystkich czterech wspólników. Już teraz wielu prawników zaleca zgłaszać możliwie najwięcej osób: akcjonariuszy, udziałowców, menedżerów spółki. Wówczas – nawet jeśli zgłoszenie będzie na wyrost – nie będą groziły dotkliwe sankcje. Paradoks związany z nowymi regulacjami polega bowiem na tym, że bezpieczniej jest zgłosić wszystkich pracowników, z osobami sprzątającymi biuro włącznie, niż pominąć osobę, co której statusu spółka ma ułamek wątpliwości.

Kłopotliwe dla mniejszych podmiotów może być też to, że liczba udziałów lub akcji bynajmniej nie musi odpowiadać liczbie głosów w organie stanowiącym spółki. Występują przecież np. akcje uprzywilejowane. Menedżerowie spółek (zgłoszenia w imieniu spółki powinna dokonać osoba uprawniona do reprezentacji spółki; niemożliwe jest zgłoszenie przez pełnomocnika) będą więc musieli dokładnie weryfikować stan akcjonariatu spółki. Sytuacja stanie się jeszcze gorsza od kwietnia 2020 r. Wtedy termin na zgłoszenie będzie wynosił zaledwie siedem dni od pojawienia się nowego beneficjenta rzeczywistego ujawnionego w Krajowym Rejestrze Sądowym.

Zgłoszenie do rejestru jest bezpłatne.

Etap legislacyjny

Weszło w życie 13 października 2019 r.

]]

Godusławski o wynikach wyborów: Status quo? Rynki to lubią

Oct 14 2019
<![CDATA[

Negatywne postrzeganie obecnej ekipy potęgowały kosztowne obietnice wyborcze z programem 500 plus, podwyżką kwoty wolnej i obniżką wieku emerytalnego na czele. Dodatkowo kampanijne wypowiedzi o NBP i polityce pieniężnej sprawiały, że można było spodziewać się ograniczenia niezależności banku centralnego. Wszystkie te ryzyka zebrała agencja ratingowa S&P i dwa miesiące po wyborach obniżyła Polsce ocenę wiarygodności kredytowej. Nadała jej też negatywną perspektywę, co oznaczało, że bardziej prawdopodobne są kolejne obniżki. Krytycy tej decyzji powiedzą, że była błędem, bo zagrożenia się nie zmaterializowały i rating wrócił do poprzedniego poziomu. Być może jednak stało się tak dlatego, że PiS zobaczył, jaka jest cena polityki gospodarczej zapowiadanej przed wyborami.

Kwota wolna zwiększyła się tylko dla wybranych, 500 plus – chociaż kosztowne – nie stało się programem obejmującym wszystkie dzieci, a obniżka wieku emerytalnego weszła z opóźnieniem, aby nie powodować napięć w finansach państwa, i towarzyszyły jej wypowiedzi polityków zachęcające do pozostania na rynku pracy.

Przed wyborami cztery lata temu nie brakowało głosów, że zwycięstwo PiS będzie negatywnie odebrane. Rynki lubią bowiem status quo. Koalicja PO-PSL była po dwóch kadencjach już rozpoznana i kojarzyła się z dyscypliną fiskalną, a inwestorzy to lubią.

Dzisiaj role się odwróciły. Status quo to kontynuacja rządów obecnej ekipy, i to znów w wariancie monopartyjnym, czyli PiS bez koalicjantów. Negatywnie zaś na wycenę złotego czy obligacji może wpłynąć taki podział mandatów, w którym obecnie rządzący będą musieli posiłkować się głosami innej formacji, a najgorszym scenariuszem wydaje się dla inwestorów brak możliwości uzyskania większości przez PiS. To oznacza bowiem, że do jej formowania przystąpi egzotyczna ekipa z PO, SLD, Partii Razem, Wiosny Biedronia być może z PSL i resztkami Kukiz’15, które ludowcy wzięli na pokład. Trudno pogodzić będzie w ramach jednego rządu tak różne programy i pomysły, jakie blok opozycyjny formułuje w kampanii. Trudne mogą być też rozmowy koalicyjne, a ich wynik niepewny. To zaś oznacza dni, a może i tygodnie chaosu. Brak przewidywalności i stabilizacji, w którym wypowiedzi nawet niewiele znaczących polityków chwieją rynkami.

Tyle że to będą jedynie chwilowe emocje inwestorów, bo na dłuższą metę nie ma dla nich większego znaczenia, kto sprawuje władzę. Najlepszym dowodem na to jest partia, która ulubieńcem rynków nigdy nie była, czyli PiS. To za ich rządów deficyt sektora finansów publicznych spadł do najniższego poziomu w historii, poprawiła się ściągalność podatków, której nie można wyjaśniać jedynie świetną koniunkturą w Polsce i otoczeniu naszej gospodarki, dług publiczny spada w relacji do PKB, a nawet udało się go w jednym roku obniżyć nominalnie.

PiS nie zszedł z drogi konwergencji do bogatego Zachodu, którą podążamy od czasu transformacji ustrojowej. Oczywiście stopa inwestycji spadła za rządów obecnej ekipy, transfery socjalne mają niewyobrażalną skalę i usztywniły stronę wydatkową budżetu, co nie jest dobrym rozwiązaniem, gdy koniunktura słabnie. Głównym motorem wzrostu stała się konsumpcja prywatna, bo do gospodarstw domowych trafiły miliardy złotych z publicznej kasy. Nie jest dobrze lecieć na jednym silniku, jednak jeśli popatrzyć na relację wydatków do PKB, to ta spada, co oznacza, że gospodarka rośnie szybciej niż wydatki, a to jest pozytywnym trendem i pozytywnym sygnałem dla rynków.

PiS nie rozmontował podstawowego bezpiecznika, który stoi na straży finansów państwa, czyli reguły wydatkowej. To już nie tylko zapis w ustawie, ale instytucja, która chociaż nie ma siedziby czy pracowników, to lepiej dba o budżet niż najlepszy minister finansów. Nie pozwala politykom na fiskalną samowolę, każe ustalać priorytety i pilnować, aby wydatki miały jak najwięcej pokrycia w dochodach. Jeśli więc kiedyś będziemy mieli trwale zrównoważone finanse publiczne, to zasługa będzie w tym największa tych, którzy regułę wydatkową przygotowali i wpisali w ramy instytucjonalne państwa.

Obecna ekipa nie skręciła więc z gospodarczego kursu, który został wytyczony wiele lat temu i przypieczętowany wejściem do Unii Europejskiej. Przestrzegane są reguły fiskalne deficytu i długu zapisane w traktacie z Maastricht, resort finansów gimnastykuje się też, żeby nie wpaść w procedurę nadmiernego odchylenia budżetowego, którą przyniósł Traktat o funkcjonowaniu UE. Węgrom i Rumunom się to nie udało. Ramy otoczenia prawnego i gospodarczego są więc tak silne, że nie ma większego znaczenia dla rynków to, kto nad Wisłą rządzi. Tym bardziej że każde zboczenie z kursu i rezygnacja z kompasu, którym są unijne reguły fiskalne i krajowe przepisy, będzie boleśnie karcona przez agencje ratingowe czy rynki finansowe. PiS to wie i pokazał inwestorom, że rozumie reguły, na podstawie których toczy się gra. Rozumiała to nawet egzotyczna koalicja PiS z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin w latach 2005–2007, której nie udało się zawrócić gospodarki z liberalnej drogi. Nie udałoby się to więc także potencjalnie równie egzotycznej ekipie, która mogłaby się wyłonić z opozycji. 

Stabilność to dziś kontynuacja rządów obecnej ekipy, i to znów w wariancie monopartyjnym, czyli PiS bez koalicjantów

]]

NPBP: Przyszłość ma na imię przedsiębiorczość

Oct 11 2019
<![CDATA[

Przedsiębiorca – podatnik, pracodawca, partner” – tak brzmiał temat przewodni tegorocznej, VII edycji akcji Dziennika Gazety Prawnej „Nie ma przyszłości bez przedsiębiorczości”, w której ramach przez cały wrzesień pisaliśmy o kondycji, perspektywach i przeszkodach dla biznesu w Polsce. Co więcej, jedno z wydań naszej gazety w całości oddaliśmy w ręce przedsiębiorców i składało się ono z tekstów ich autorstwa. Nie sposób też nie wspomnieć o wydaniu anglojęzycznym, do którego materiały stworzyli przedstawiciele globalnych spółek obecnych w Polsce.

W środę na Zamku Ujazdowskim odbyła się gala finałowa, na której jak co roku przyznaliśmy nagrody najbardziej obiecującym polskim firmom. W tej edycji statuetki rozdaliśmy w trzech kategoriach: polska usługa, polski produkt, polska marka. Sylwetki laureatów publikujemy obok.

Miliardy, ale stać nas na więcej

Nagrodę w kategorii polska usługa otrzymał BLIK Polska. – Każdego miesiąca procesujemy w innowacyjnym modelu płatności mobilne rzędu miliardów złotych. Udało nam się przekonać co czwartego Polaka, żeby aktywnie korzystał z aplikacji swojego banku. Najwięksi przyjeżdżają do nas i chcą zobaczyć to, co robimy – cieszył się Dariusz Mazurkiewicz, prezes Polskiego Standardu Płatności. Dodał również, że w najbliższym czasie BLIK może się pojawić poza granicami Polski.

W kategorii polski produkt została nagrodzona spółka Ekoenergetyka-Polska. – Budowanie własnego przedsiębiorstwa powoduje, że przybywa trochę więcej siwych włosów. Wypracowaliśmy bardzo silną pozycję jako producent infrastruktury do ładowania zeroemisyjnego transportu elektrycznego – mówił Maciej Wojeński, wiceprezes spółki.

Statuetkę za polską markę otrzymała firma Kruger&Matz. – Naszą markę Kruger&Matz budujemy od dekady. Mam nadzieję, że te 10 lat to była dla nas lekcja, którą dobrze odrobiliśmy, po to, żeby przez kolejne 10 czy 20 lat pokazać, że nas, Polaków, stać na jeszcze więcej – powiedział Michał Leszek, twórca marki.

W czasie gali wręczona została również nagroda specjalna ufundowana przez Fundację Systemu Edukacji. Powędrowała do firmy DMG Mori Polska za współpracę w ramach międzynarodowego konkursu w zakresie umiejętności zawodowych Wordskills, który odbywa się co dwa lata w różnych częściach świata.

Na Zamku Ujazdowskim nie zabrakło również ciepłych słów pod adresem biznesu ze strony władz państwowych. – W realnej perspektywie możemy się stać jedną z 20 czołowych gospodarek świata. Nie uda się jednak osiągnąć tego ambitnego celu, jeśli nie będziemy konsekwentnie promować i wspierać polskiej przedsiębiorczości – przekazał słowa prezydenta Andrzeja Dudy minister z kancelarii głowy państwa Adam Kwiatkowski. – Tempo wzrostu naszej gospodarki jest ogromnym sukcesem zarówno władz, jak i przedsiębiorstw – podkreślał Marek Niedużak, wiceminister przedsiębiorczości i technologii. – Nowa firma, żeby odnieść sukces, musi stawiać przed sobą wyzwania. Ważna jest też determinacja. Nie można się bać. Po porażkach trzeba się podnosić i trzeba iść dalej, bo takie jest właśnie życie przedsiębiorcy – mówił Ryszard Pieńkowski, założyciel i właściciel Grupy Infor PL, wydawcy Dziennika Gazety Prawnej.

Państwo-biznes: zgrany tandem

Finały „Nie ma przyszłości bez przedsiębiorczości” to nie tylko okazja do spotkań, lecz także merytorycznych dyskusji, podczas których oddajemy głos biznesowi, aby podzielił się swoimi refleksjami dotyczącymi dalszego rozwoju gospodarki. Panuje zgoda co do tego, że kluczowa w tym procesie będzie promocja polskich marek za granicą. W tym kontekście Zbigniew Leszczyński, członek zarządu PKN Orlen ds. rozwoju, opowiedział o wprowadzeniu marki „Orlen” na stacjach swoich spółek w Czechach (dotychczas Benzina) i w Niemczech (Star).

Wiceprezes Asseco Poland Artur Wiza tłumaczył z kolei, że ekspansję zagraniczną czasami wymuszają okoliczności rynkowe. Wspomniał, jak kiedyś założyciel firmy Adam Góral usłyszał od przedstawicieli jednego z banków, że nie mogą oni pozwolić sobie na współpracę z małą firmą informatyczną. Wtedy postanowił skrzyknąć kilka przedsiębiorstw z naszej części Europy (zresztą nawet nazwa „Asseco” jest złożeniem). – Pomysł wyjścia za granicę nie wziął się z tego, że Adam miał marzenie. Taka była wówczas konieczność rynkowa – podkreślił Wiza.

Z kolei Marcin Chludziński, prezes KGHM, chwalił przedsiębiorczość Polaków. – To jest nasza unikalna cecha: jak radzimy sobie ze zmienną rzeczywistością – mówił menedżer. Jest ona niezbędna, bo niestety historia fatalnie doświadczyła Polskę – wyjaławiając ją z tzw. starego kapitału, o czym wspomniał Paweł Borys, szef Polskiego Funduszu Rozwoju. – Jest to efekt ostatnich dwóch wieków. Mieliśmy dwie wojny, nacjonalizację, komunizm oraz inflację. „Stare pieniądze” odróżniają kraje zaawansowane od krajów rozwijających się – mówił Borys.

Ekonomista prof. Salvatore Babones nawiązał do trwającej nad Wisłą dyskusji na temat uniknięcia pułapki średniego dochodu. Wskazał, że kraje, które w nią wpadły, najczęściej nie wydają wystarczająco na politykę społeczną. – Kiedy dużo bogactwa koncentruje się w rękach najlepiej zarabiających, to ci słabiej uposażeni mają za mało mocy nabywczej. Innymi słowy: biedni wydają pieniądze, bogaci nie. I dlatego dobrze jest, że w Polsce dwie główne partie zgadzają się co do tego, że wydatki socjalne powinny być wysokie – tłumaczył ekonomista.

Lepsi od Chin

Paweł Borys stwierdził, że największym wyzwaniem dla Polski jest znalezienie równowagi między tworzeniem bogactwa a jego redystrybucją. Ułatwi to zmiana modelu rozwojowego. – Dotychczas specjalizowaliśmy się w sektorach, które wymagały dużego nakładu pracy. Właściwie za granicę sprzedawaliśmy pracę właśnie, a nie produkty – w przeciwieństwie do państw, którym się udało. One sprzedają produkty – mówił prezes.

Profesor Salvatore Babones porównał również modele rozwojowe Polski i Chin. – Poza nakładami socjalnymi macie też stabilną, wymienialną walutę, chociaż prywatyzacja nie idzie już tak szybko. Skontrastujmy to z Państwem Środka: niskie nakłady socjalne, niewymienialna waluta, dużo własności państwowej. Efekt? Polska jest o połowę bogatsza od Państwa Środka – mówił ekspert. ©℗

Polska usługa. Pół miliona dziennie: BLIK

Polski Standard Płatności (PSP) to potwierdzenie wysokiej innowacyjności polskiego sektora finansowego. Za pomocą BLIK-a – jego sztandarowego produktu – tylko do połowy 2019 r. przeprowadzono blisko 90 mln transakcji.

BLIK powstał w 2015 r. w wyniku współpracy sześciu działających w Polsce banków: Alior Banku, Banku Millennium, Santander Bank Polska, ING Bank Śląski, mBanku oraz PKO Bank Polski. Podmioty te obsługują prawie 20 mln klientów, czyli 70 proc. wszystkich osób korzystających w Polsce z usług bankowych. Dzięki takiej skali możliwe było stworzenie uniwersalnego modelu działania usługi. – Decyzja o utworzeniu jednolitego standardu płatności mobilnych usunęła wiele barier, które napotkałaby pojedyncza firma, gdyby wprowadzała takie rozwiązanie samodzielnie – mówi prezes PSP Dariusz Mazurkiewicz.

Dziś, zaledwie cztery lata po uruchomieniu BLIK-a, jest on już powszechnym systemem płatności mobilnych. Usługę tę udostępnia 12 podmiotów obsługujących 90 proc. klientów bankowości w Polsce. Co więcej, według danych Narodowego Banku Polskiego Polacy korzystają z niego w internecie częściej niż ze swoich kart płatniczych. W pierwszej połowie 2019 r. z wykorzystaniem BLIK-a przeprowadzono prawie 90 mln transakcji – tyle, ile w całym 2018 r.

Płatności w sklepach internetowych to niejedyny popularny sposób wykorzystania BLIK-a. W II kwartale 2019 r. o 73 proc. wzrosła liczba wypłat gotówki z bankomatów z pomocą tej usługi oraz zanotowano ogromny skok w operacjach za pośrednictwem terminali płatniczych – aż o 363 proc. Każdego dnia konsumenci dokonują średnio 545 tys. transakcji BLIK-iem. Dotychczasowy rekord dzienny to 759 tys. operacji.

Sukces ten nie byłby możliwy, gdyby nie przekonanie użytkowników do funkcjonalności systemu. Polacy są bardzo pozytywnie nastawieni do bankowości mobilnej – korzysta z niej już 11 mln klientów, a 4 mln z nich traktuje takie usługi jako jedyny kanał komunikacji z bankiem. – Jak wiadomo, nie każdy chętnie sprawdza nowości technologiczne, niektórzy po prostu boją się tego typu rozwiązań. Nasze doświadczenie pokazuje jednak, że kiedy już ktoś spróbuje – bardzo szybko przekonuje się do technologii i korzyści, jakie ona daje. Polacy chętnie korzystają z bankowości mobilnej, nie boją się nowości i mają duże zaufanie do banków – ocenia prezes PSP.

BLIK wciąż się rozwija. Oprócz zwiększania jego dostępności w terminalach POS, PSP wdraża nowe funkcje, takie jak możliwość powtarzalnej płatności (np. przy subskrypcji usług cyfrowych), opcję szybkiego przelewu środków z telefonu na telefon bez podawania numeru konta czy też płatności zbliżeniowe. Ambicją twórców BLIK-a jest również bliższa współpraca z zagranicznymi operatorami – umożliwiłoby to dokonywanie płatności w najpopularniejszych na świecie serwisach internetowych. – Potencjał dalszego rozwoju jest praktycznie nieograniczony. Musimy doprowadzić do tego, aby BLIK-iem można było zapłacić wszędzie – jesteśmy już naprawdę blisko realizacji tego celu – podkreśla prezes PSP. – Kluczem do wprowadzania innowacji w dziedzinie płatności jest zaoferowanie użytkownikom najlepszego możliwego połączenia wygody (user experience) z bezpieczeństwem – dodaje. Właśnie dlatego ochrona danych osobowych klientów jest jednym z filarów bezpieczeństwa. Aby płacić BLIK-iem, nie trzeba podawać swoich danych wrażliwych. BLIK rozlicza wszystkie transakcje z wykorzystaniem infrastruktury Krajowej Izby Rozliczeniowej (KIR), która gwarantuje niezawodność i stabilność systemu. Zapewnia też pełne wsparcie operacyjne dla systemu płatności mobilnych i niezbędną infrastrukturę IT.

Popularność BLIK-a przekłada się na jego opłacalność ekonomiczną. Podobnie jak międzynarodowe systemy płatnicze PSP ustala ceny dla wydawców i agentów rozliczeniowych zgodnie z jednolitymi stawkami. Podstawowym źródłem przychodów BLIK-a są opłaty transakcyjne. PSP jest dowodem na to, że innowacje we współczesnej bankowości nie muszą wymagać ogromnej machiny biurokratycznej – zespół Polskiego Standardu Płatności liczy niecałe 40 osób. – To ludzie w różnym wieku, z bardzo różnym doświadczeniem. Łączy ich przede wszystkim pasja do technologii, doświadczenie w zakresie rynku płatniczego oraz przekonanie, że pracują nad rozwojem rozwiązania unikalnego na skalę świata – mówi prezes PSP. 

Polski produkt. 30 tysięcy rocznie: Ekoenergetyka-Polska

Choć w zakresie elektromobilności Polska wciąż musi doganiać bogate państwa Zachodu, to mamy już firmy, które wyprzedzają zagraniczną konkurencję. Na przykład Ekoenergetyka-Polska.

Powstała w 2009 r. w Zielonej Górze firma jest jednym z liderów w produkcji stacji ładowania do pojazdów elektrycznych. Oprócz tego świadczy usługi poboczne – montaż, serwis urządzeń czy zdalne zarządzanie powstałą infrastrukturą. Przez 10 lat działalności dostarczyła już 500 stacji ładowania w całej Europie oraz Turcji i Singapurze.

Co składa się na sukces firmy? Jak tłumaczą jej przedstawiciele, kluczem jest przede wszystkim wykorzystanie potencjału drzemiącego w pracownikach. Liczba zatrudnionych na etat przez 10 lat wzrosła z dwóch do 200.

– Jesteśmy firmą inżynierską, ponad połowa pracowników to inżynierowie. To ich codzienna praca i wkład w rozwój produktów pozwalają na bycie o krok przed konkurencją. Tworzymy i wdrażamy realne innowacje, jak system monitoringu, system monitoringu i zarządzania, tworzymy nowe konstrukcje i projekty stacji ładowania, projektujemy nowe produkty i dzięki temu wchodzimy na nowe rynki – tłumaczy Krzysztof Burda, menedżer ds. marketingu w Ekoenergetyce.

Innowacyjność pozwala wyprzedzać konkurencję. Firma przeznaczyła w tym roku na inwestycje 3,1 mln zł. W Zielonej Górze działa jej centrum badawczo-rozwojowe wypracowujące nowe technologie w transporcie elektrycznym. Obecnie spółka realizuje siedem projektów B+R, które mają doprowadzić do stworzenia nowych produktów.

Ekoenergetyka-Polska stawia na ekspansję zagraniczną. Jej pomysły są wykorzystywane w 60 miastach z 11 państw. Odbiorcami oprócz przedsiębiorstw transportu miejskiego w Krakowie czy Warszawie były również TMB Barcelona czy HKL Helsinki. W Berlinie działa już spółka Ekoenergetyka-Deutschland. Obecnie firma pracuje nad drugą z sześciu stacji dla VHH Hamburg-Holstein, jednego z największych operatorów transportu publicznego w Niemczech. Tworzona infrastruktura pozwala na jednoczesne ładowanie aż 16 autobusów. Niedawno Ekoenergetyka przekazała też 90 ładowarek dla paryskiego RATP.

– Była to pierwsza wielkoseryjna produkcja w naszej firmie, ponieważ główny obszar naszej działalności to produkty personalizowane, dostarczane w liczbie kilkunastu sztuk – mówi Krzysztof Burda. – Wcześniej miasta takie jak Barcelona, Oslo, Paryż czy Berlin zamawiały kilka sztuk autobusów i stacji ładowania. Elektryfikowały wówczas pojedyncze linie, np. przebiegające przez zabytkowe centra albo prowadzące przez zatłoczone ulice. To się zmienia, dlatego obecnie realizujemy coraz większe kontrakty – dodaje.

W całym 2019 r. firma dostarczyła 181 stacji ładowania o łącznej mocy 22 196 kW, do końca grudnia powstanie jeszcze kolejnych 40 (9500 kW).

Zamówienia przekładają się na rosnące przychody spółki. W 2016 r. wynosiły one zaledwie 4 mln zł. W 2019 r. jest już o 61 mln zł więcej, co oznacza także dwukrotny wzrost względem ubiegłego roku. 

Polska marka. Własny brand po dwóch dekadach: Kruger&Matz

Kruger&Matz to żywy przykład na to, że polska firma rodzinna może się odnaleźć na konkurencyjnym rynku i stworzyć rozpoznawalną markę.

Droga, jaką przeszła firma Lechpol – właściciel brandu – dobrze obrazuje całą ewolucję polskiej gospodarki. Przedsiębiorstwo, istniejące od 1990 r., zaczynało, podobnie jak wiele innych firm działających w czasie transformacji – od importu i dystrybucji produktów pozyskanych z zagranicy, w tym przypadku urządzeń i części elektronicznych. Po zdobyciu pozycji rynkowej poczyniło następny krok. Lechpol wykreował własną markę urządzeń. – Kruger&Matz zyskiwał rozpoznawalność i uznanie stopniowo. Rozpoczęliśmy od domowego sprzętu audio, w czym do dziś jesteśmy bardzo mocni – mówi Michał Leszek, członek zarządu Lechpolu i zarazem twórca Kruger&Matz.

Sukces w produkcji głośników i sprzętu grającego spowodował, że firma poszła za ciosem – dziś najbardziej dochodowym segmentem są telewizory, a Kruger&Matz jest również producentem smartfonów. – Ten rynek jest obecnie niezwykle trudny. Wejście chińskiej konkurencji wymusza na nas jeszcze szybsze zmiany i jeszcze lepsze dostosowanie produktu do potrzeb klienta, przy okazji redukując marże do minimum, ponieważ cena odgrywa w tym segmencie bardzo ważną rolę – dodaje Leszek.

Kluczem do sukcesu była zdolność do nadążenia za nieustannymi zmianami technologicznymi przy jednoczesnej konkurencji cenowej i zachowaniu wysokiej funkcjonalności. – Działamy na rynku, który jest niezwykle konkurencyjny i wymagający pod względem jakości dostarczanych produktów i odpowiedzialności posprzedażowej za produkt i jego funkcjonowanie, a przy tym jest bardzo niskomarżowy. Dodatkową trudnością są niezwykle częste zmiany technologiczne i szybkie starzenie się produktów – tłumaczy Michał Leszek.

Dlatego potrzebny jest efekt skali, który Kruger&Matz udało się osiągnąć dzięki odpowiedniemu dostosowaniu produktów do grup docelowych. Produkty są adresowane do osób, które uważnie liczą swoje wydatki, lecz jednocześnie chcą skorzystać z nowoczesnego sprzętu – zamiast celować w zainteresowanie dobrze zarabiających menedżerów, firma stawia na dotarcie do przeciętnego Kowalskiego. – Raczej podążamy za tym, co wypracowali światowi giganci, i staramy się dostarczyć tę technologię do mniej zamożnej części społeczeństwa, która na te nowinki nie jest w stanie sobie pozwolić. Głównym motorem naszego rozwoju zawsze był i będzie dobry produkt w dobrej cenie – wskazuje Michał Leszek.

Oprócz Polski najważniejszym rynkiem dla Lechpolu pozostaje Rumunia. Ten kraj stanowi ponad połowę wartości eksportu przedsiębiorstwa. – Jesteśmy tam obecni z własną firmą już od wielu lat i odnosimy spore sukcesy na rynku tradycyjnym, opierając się na szerokiej ofercie firmy. Ponadto mamy partnerów handlowych w większości krajów europejskich od Portugalii po Grecję – mówi Leszek. W związku z dalszym rozwojem oferty produktowej w tym miesiącu firma rozpocznie rozbudowę zaplecza biurowego i magazynowego swojej głównej siedziby w Miętnem koło Garwolina. Grupa Lechpol zatrudnia 400 osób i w 2019 r. osiągnie obrót na poziomie prawie 200 mln zł. 20 proc. tej kwoty stanowi eksport. 

]]

Uniezależniamy się od gazu ze Wschodu

Oct 11 2019
<![CDATA[

Pojęcie hubu gazowego w kontekście Polski pojawia się regularnie. Aby jednak wizja ta stała się rzeczywistością, konieczna jest intensywna praca instytucji państwowych oraz spółek energetycznych. Nad tym, jak zrealizować te plany, zastanawiali się również eksperci i przedstawiciele branży podczas dyskusji „Baltic Pipe i amerykańskie LNG. Komu i dlaczego to się opłaca?” podczas Kongresu 590.

Rozpoczynając rozmowę, ekspert Fundacji Republikańskiej Krzysztof Gigol wyraził nadzieję, że planowane projekty gazowe, takie jak budowa połączenia gazowego z Norweskim Szelfem Kontynentalnym czy rozbudowa terminalu w Świnoujściu, zostaną ukończone z sukcesem. Jak podkreślił, są strategiczne dla bezpieczeństwa energetycznego Polski. – Liczę, że uda się to zrealizować – mówił. Panelista podziękował osobom, które opracowały plan dywersyfikacji – pełnomocnikowi rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotrowi Naimskiemu oraz prezesowi PGNiG Piotrowi Woźniakowi.

Przedstawiciel Fundacji Republikańskiej dodał, że te projekty przełożą się na dalszy rozwój gospodarczy państwa i polskich przedsiębiorstw. – Dzięki temu powstanie fizyczny rynek gazu, co jest korzystne ekonomicznie – ocenił. Sytuacja ta poprawi również pozycję naszego kraju na arenie międzynarodowej, gdyż staniemy się dostarczycielem energii do krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej. – Będziemy w stanie zapewnić gaz również państwom Trójmorza – wskazywał. Jak ocenił, jedynym problemem mogłyby się okazać ewentualne opóźnienia w inwestycjach. – Dopóki nie popłynie gaz, zawsze istnieją pewne obawy – powiedział.

Zgodnie z planem

Wiceprezes Gaz-System Artur Zawartko rozwiał wątpliwości co do ewentualnych problemów z terminowym powstaniem Baltic Pipe. Zapewnił, że harmonogram jest realizowany zgodnie z przyjętymi wcześniej założeniami. – Niektóre decyzje są uzyskiwane nawet wcześniej, niż zakładaliśmy– mówił przedstawiciel spółki. Wyjaśnił też, że postępowania przetargowe są przygotowywane w taki sposób, aby jak najszybciej wyłonić wykonawców. Zaraz po uzyskaniu pozwolenia na budowę dostarczana jest niezbędna infrastruktura np. sprężarki do tłoczni. Na bieżąco zarządzamy ryzykiem projektowym – działamy wyprzedzająco wobec tego, co mogłoby nas opóźnić – tłumaczył wiceprezes.

Dodał, że Gaz-System przywiązuje dużą wagę do projektu Baltic Pipe, ale równie ważna jest rozbudowa sieci przesyłowej w Polsce. Artur Zawartko zadeklarował, że rozprowadzenie uzyskanego surowca w bezpieczny sposób do polskich odbiorców to najważniejszy aspekt działalności jego firmy. Gazociąg podmorski jest istotny, ale nic nie da, jeśli nie zdążylibyśmy z resztą inwestycji – argumentował. Stąd niedawne oddanie gazociągu Lwówek – Odolanów. – Do 2022 r. wszystkie planowane odcinki będą gotowe – mówił. Równie istotne jest zwiększenie przepustowości terminalu w Świnoujściu. Wiceprezes Gaz-System podtrzymał, że w 2021 r. będzie mógł on przyjąć 7,5 mld m3 LNG. To o 50 proc. więcej niż dotychczas – obecna infrastruktura pracuje na 100 proc. swoich możliwości.

Będzie taniej

Krzysztof Gigol zwrócił uwagę na to, że początkowo pojawiało się wiele pytań dotyczących skroplonego gazu ziemnego transportowanego drogą morską. Niektórzy wątpili bowiem, czy będzie to bardziej opłacalne niż dotychczasowe rozwiązania. – Co w takim razie w zamian? – retorycznie pytał gość. Jego zdaniem bowiem inną drogą było jedynie pogłębianie uzależnienia energetycznego od dostaw ze Wschodu, a to zagrażałoby nie tylko bezpieczeństwu dostaw, ale też konkurencyjności polskiej gospodarki. – Każdy monopol powoduje, że ceny automatycznie idą w górę – ocenił. – Bułgaria poszła w tym kierunku i jest w 100 proc. uzależniona od Rosji, ma najwyższe ceny gazu w Europie – wskazywał panelista. Dodał też, że cena gazu w Niemczech dotychczas była niższa niż w Polsce, pomimo że musiał on pokonać dłuższą trasę. Realizacja przez Gaz-System projektów takich jak Baltic Pipe czy budowa pływającego terminalu LNG w Zatoce Gdańskiej sprawi, że rynek będzie zdolny do obniżenia cen. – Wiemy, że wtedy żadna decyzja polityczna naszego wschodniego partnera nie będzie miała wpływu na polskich odbiorców, a przedsiębiorstwa będą miały paliwo do swojej produkcji – ocenił.

Olgierd Hurka, dyrektor Departamentu LNG w Oddziale Obrotu Hurtowego w PGNiG, zaznaczył, że gromadzenie wyższego wolumenu gazu sprzyja optymalizacji portfela spółki. – Żeby optymalizować proces gazowy, trzeba mieć nadwyżkę kontraktową, celowaną na rynki, które płacą więcej za gaz – tłumaczył. Jak dodał, przez wiele lat Polska, nie mając innej możliwości, bazowała przede wszystkim na gazociągu jamalskim, uzupełnianym importem z Niemiec. Przedstawiciel PGNiG zapewnił też, że z racji, iż Polska należy do europejskiego rynku gazowego, odbiorcy nie odczują podwyżek, nawet jeśli wzrosłaby cena za LNG. PGNiG podpisując kontrakty na LNG, bierze też odpowiedzialność za transport surowca, co gwarantuje stabilizację dostaw. – Moce transportowe dostępne na rynku wciąż są dość ograniczone – mówił Olgierd Hurka. Nie wykluczył zarazem, że po otwarciu biura PGNiG w Londynie, spółka podejmie decyzje o założeniu kolejnych takich placówek, m.in. z powodu różnic czasowych – ponieważ około 70 proc. LNG na świecie kupowane jest przez azjatyckich klientów, ważnym miejscem dla branży jest Singapur – znajdują się tam przedstawicielstwa wielu podmiotów handlujących skroplonym gazem ziemnym. Dodał przy tym, że rynek LNG jest dość specyficzny, stąd wymagane są niekonwencjonalne działania i budowa wzajemnych relacji. – Handlem zajmuje się grupa ok. 250 ludzi na całym świecie, którzy się świetnie znają – powiedział.

Czystsze powietrze

Sławomir Mazurek, podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska, przybliżył natomiast wpływ inwestycji w gazownictwo na ograniczenie emisyjności przemysłu i czyste powietrze. Podkreślił, że polskie władze dążą do tego, aby zakładana neutralność klimatyczna była realizowana w duchu porozumienia paryskiego, tzn. nie tylko przez samą redukcję emisji, ale też zwiększenie pochłaniania CO2 przez obszary zielone. Wiceminister przypomniał o prowadzonych przez rząd projektach, takich jak program „Czyste Powietrze” czy plan termomodernizacji, w którego ramach można tworzyć nowe przyłącza gazowe. – Możemy poprawić jakość powietrza dzięki gazowi – oceniał. Jego zdaniem błękitne paliwo przyczyni się do ograniczenia emisji pyłów.

Wiceprezes Gaz Systemu Artur Zawartko potwierdził, że działania spółki mają na celu dostarczenie gazu klientom, w tym dużym zakładom energetycznym. Jego zdaniem decyzja o postawieniu na gaz przynosi wiele korzyści społecznych. Jako przykład podał elektrociepłownię na warszawskim Żeraniu, do której spółka doprowadziła gazociąg. Panelista podkreślił, że przedsięwzięcie, pomimo stosunkowo krótkiego, dziesięciokilometrowego odcinka, było dość skomplikowane – tereny, na których trwały prace, są zurbanizowane, przeszkodą był także Kanał Żerański. Stąd decyzja o wykorzystaniu technologii bezwykopowej nieingerującej w otoczenie. Inwestycja przyniosła wymierne skutki. Jak wskazał Artur Zawartko, udało się dzięki temu zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych o 60 proc. Oznacza to, że 70 tys. wagonów węgla docierającego do elektrociepłowni przestaje być potrzebne. Wpływa to także na krajobraz okolicy – stale obecne dotychczas hałdy węgla przestaną być już widoczne. Jak dodał Zawartko, w ślad za tą inwestycją będą planowane kolejne. Gaz-System stawia też na mniejsze, miejskie elektrociepłownie. Szacuje, że wymiernie zwiększą one zapotrzebowanie na błękitne paliwo.

Gdy przestanie wiać wiatr i zajdzie słońce

Krzysztof Gigol zwrócił uwagę, że choć przez niektórych gaz jako paliwo kopalne jest oceniany negatywnie, to jego rola jest niezwykle ważna – powinien pełnić funkcję stabilizacyjną względem odnawialnych źródeł energii. – Wytwarzanie gazowe jest o wiele bardziej elastyczne i łatwo uruchomić produkcję w momencie, gdy przestaje wiać albo świecić słońce – mówił. Ponadto jego zdaniem wielu klientów przemysłowych jest coraz bardziej zainteresowanych korzystaniem z instalacji gazowych. Jak stwierdził Artur Zawartko, jego spółka pracuje nad nowymi punktami wejścia do systemu gazowego. – Naszym zadaniem jest zbudować rynek, na którym będą działać traderzy – tłumaczył. Dlatego tak ważne i potrzebne są platformy pozwalające na szybkie i bezpieczne dokonywanie transakcji. Jak dodał, Gaz System również ma własną infrastrukturę aukcyjną.

Olgierd Hurka dodał natomiast, że celem jest stworzenie wiarygodnego rynku, na którym poszczególni gracze odpowiedzialnie podchodzą do swoich obowiązków. – My zajmujemy się fizycznymi dostawami, niektóre firmy prowadzą działalność spekulacyjną – określił. – Jako grupa PGNiG mamy duży portfel ufających klientów. Dzięki temu możemy odważnie patrzeć w przyszłość – stwierdził.

]]

Borys-Karwacka: Praca w McDonald’s daje szanse na wykształcenie kompetencji, które przydają się w karierze

Oct 10 2019
<![CDATA[

- McDonald’s wciąż jest i pewnie będzie miejscem pracy przede wszystkim dla ludzi młodych -  mówi Anna Borys-Karwacka.  - Jednak w zespole jest coraz więcej osób, które przekroczyły 50. rok życia. Pojawia się też więcej osób pochodzenia innego niż polskie i są to naturalne zmiany, które zachodzą na rynku pracy.

Borys-Karwacka dodaje, że zawsze byli ludzie, którzy chcieli się rozwijać w McDonald’s. - Mamy ogromne możliwości bardzo szybkiego awansu, dosyć szybko można wejść na pozycję menedżerską. Niedawno opublikowane badanie pokazało, że praca w McDonald’s daje szanse na wykształcenie pewnych kompetencji, które potem bardzo się przydają w dalszej karierze, bo są to umiejętności poszukiwane przez pracodawców.

Więcej o tym co ma w ofercie McDonald’s, jak szybko awansować i dlaczego jest to ciekawe miejsce pracy w rozmowie wideo:

]]